A Ride to Heaven’s Gate December 2025

By

A Ride to Heaven’s Gate

It happened during one of my OBE visions.

At first, I saw waves—an endless sea in the most beautiful shade of blue. They were incredibly calming, instantly relaxing me, as if peace itself had weight. As I observed them, I began to notice that I wasn’t in the sea—I was above it. I was lying face down, what I would call on my chest, my head lowered, watching the waves move gently beneath me.

As the vision settled, another realization came to me: I was on a yacht, lying on the deck, my head hanging slightly over the edge. Strange, I know—but it felt wonderful to experience.

I don’t see during an OBE the way we see with our eyes. Perspective isn’t fixed. I can observe things from multiple angles and positions at once. So I began to notice the yacht more clearly. I was alone. It was moving forward without any steering. The sails were up, full and confident. At the very end, a flag—my country’s flag—fluttered softly. A nice touch, if you ask me.

Then my focus drifted down into the sea itself. The bottom was visible: white sand, pearly in color and texture, glowing quietly beneath the water.

I was completely at peace.

I slowly began to realize that I was approaching something. Not abruptly—no alarm, no fear—just a quiet, steady awareness.

I looked ahead. In front of me were white shores: a beach, a wall, and an enormous gate—towering, radiant, impossible to miss.

As my perspective shifted (my “camera view,” so to speak), I was able to observe from different heights. That’s when I noticed something astonishing: I was still in the sea, but the sea itself was suspended in the universe. Stars and galaxies surrounded it, as if this ocean rested on a vast disc—placed there deliberately, for this exact purpose.

I was in awe.

I didn’t want to go back to the yacht, but I understood that I had arrived. So I moved from the yacht to the beach, effortlessly.

Only then did I notice how many people were there. Some were waiting outside the brilliantly glowing gate. Others were walking toward it. People were greeting one another—laughing, crying, embracing in pure happiness. It felt like reunions after a very long journey.

No one, however, was waiting for me.

So I stood quietly and observed the others. I watched as they were welcomed—what felt like families greeting them, joyfully, the way people reunite after a walk in the park. Even dogs were there, running freely, part of the joy.

Then, suddenly, he—or she—appeared in front of me.

I was astonished. If I had been breathing, I imagine I would have stopped for a moment.

The being had no face—only a silhouette. Entirely white, threaded with something golden, like a delicate mesh of light. It began communicating with me not through words, but through impulses. I felt them inside me, and somehow I understood exactly what was being conveyed.

I didn’t ask where I was. I didn’t need to. I knew—completely, with every part of my being.

I asked only one question: Can I enter?

The answer was no.

I didn’t ask why.

Instead, I asked if I could stay there a little longer.

And that’s when I felt it.

Hello.

(Laughs.)

“Hello. Yes, you can stay here for some time… until the moment comes for you to leave.”

At that instant, something like a vast clock appeared on the body of the figure. I could see time passing there—not ticking loudly, just moving—and I knew I had only a few moments.

I felt grateful. I thanked the being and began walking along the beach.

By then, no one else was there. Everyone had already passed through the gate.

The beach was astonishingly beautiful, but my attention kept returning to the gate itself. I wanted to see what was inside. I couldn’t. It was far too bright, and the wall was impossibly thick. I had the feeling that I could see only the first few layers of it—three at most—yet I knew there were many more beyond them.

The being remained there the entire time, standing still, unmoving.

I ran farther along the beach, because the feeling was overwhelming—pure, joyful, indescribable. I stepped into the water and simply observed. Everything felt so clean it was almost sterile. Everything carried hidden colors, layers beneath layers. And the sounds… the sounds and the colors felt connected, woven together.

It was the best vacation of my life.

And then it ended.

Time ran out.

As I stood there in the water, everything disappeared. I was left alone among galaxies and stars. And I thought to myself: I know this already.

And that it’s a time to go back—to myself.

PL:

Podróż do Bramy Niebios

Wydarzyło się to podczas jednej z moich wizji OBE.

Najpierw zobaczyłem fale — bezkresne morze w najpiękniejszym odcieniu błękitu. Były niezwykle kojące, natychmiast mnie uspokoiły, jakby sam spokój miał swoją wagę. Obserwując je, zacząłem zauważać, że nie stoję w morzu — byłem nad nim. Leżałem twarzą w dół, na czymś, co nazwałbym klatką piersiową, z głową opuszczoną, patrząc, jak fale poruszają się delikatnie pode mną.

Gdy wizja się ustabilizowała, przyszło kolejne uświadomienie: byłem na jachcie. Leżałem na pokładzie, z głową lekko wysuniętą poza burtę. Dziwne, wiem — ale było to niezwykle przyjemne doświadczenie.

Podczas OBE nie widzę tak, jak widzimy oczami. Perspektywa nie jest stała. Mogę obserwować jednocześnie z wielu kątów i pozycji. Zacząłem więc dostrzegać jacht coraz wyraźniej. Byłem na nim sam. Płynął naprzód bez sterowania. Żagle były podniesione — pełne, pewne. Na samym końcu powiewała flaga — flaga mojego kraju. Miły detal, jeśli mam być szczery.

Potem mój wzrok skierował się w dół, ku wnętrzu morza. Dno było widoczne: biały piasek, perłowy w kolorze i strukturze, cicho jaśniejący pod wodą.

Byłem w absolutnym spokoju.

Powoli zacząłem uświadamiać sobie, że zbliżam się do czegoś. Nie nagle — bez alarmu, bez strachu — tylko spokojna, pewna świadomość.

Spojrzałem przed siebie. Zobaczyłem białe brzegi: plażę, mur i ogromną bramę — monumentalną, promienną, niemożliwą do przeoczenia.

Gdy moja perspektywa się zmieniła (coś jak „widok z kamery”), mogłem obserwować wszystko z różnych wysokości. I wtedy zauważyłem coś zdumiewającego: nadal byłem na jachcie płynąc po morzu, ale samo morze było zawieszone w przestrzeni kosmicznej. Otaczały je gwiazdy i galaktyki, jakby ocean spoczywał na ogromnym dysku — umieszczonym tam celowo, dokładnie w tym celu.

Byłem w zachwycie.

Nie chciałem wracać na jacht, ale wiedziałem, że dotarłem na miejsce. Bez wysiłku przeniosłem się więc z jachtu na plażę.

Dopiero wtedy zauważyłem, jak wielu ludzi tam było. Niektórzy czekali przed jasną, lśniącą bramą. Inni zmierzali w jej stronę. Ludzie witali się ze sobą — śmiejąc się, płacząc ze szczęścia, obejmując się. Wyglądało to jak spotkania po bardzo długiej podróży.

Nikt jednak nie czekał na mnie.

Stałem więc spokojnie i obserwowałem innych. Widziałem, jak są witani — przez to, co czułem jako ich rodziny — radośnie, naturalnie, jak po powrocie ze spaceru w parku. Były tam nawet psy, biegające swobodnie, będące częścią tej radości.

I wtedy nagle — on… albo ona — pojawił(a) się przede mną.

Byłem oszołomiony. Gdybym oddychał, myślę, że na chwilę wstrzymałbym oddech.

Istota nie miała twarzy — jedynie sylwetkę. Cała była biała, przeplatana czymś złotym, jak delikatna siatka światła. Nie komunikowała się słowami, lecz impulsami. Czułem je w sobie i w jakiś sposób dokładnie wiedziałem, co znaczą.

Nie zapytałem, gdzie jestem. Nie musiałem. Wiedziałem — całkowicie, całym swoim istnieniem.

Zadałem tylko jedno pytanie:
Czy mogę wejść?

Odpowiedź brzmiała: nie.

Nie zapytałem dlaczego.

Zamiast tego zapytałem, czy mogę zostać tu jeszcze chwilę.

I wtedy to poczułem.

Witaj.
(Śmiech.)

„Witaj. Tak, możesz zostać tutaj przez jakiś czas… aż nadejdzie moment, w którym będziesz musiał odejść.”

W tej samej chwili na ciele tej postaci pojawiło się coś na kształt zegara. Widziałem upływ czasu — nie tykającego, lecz po prostu płynącego — i wiedziałem, że mam tylko kilka chwil.

Poczułem wdzięczność. Podziękowałem istocie i ruszyłem wzdłuż plaży.

Nie było już tam nikogo. Wszyscy przeszli przez bramę.

Plaża była zachwycająca, ale mój wzrok wciąż wracał do samej bramy. Chciałem zobaczyć, co jest w środku. Nie mogłem. Była zbyt jasna, a mur niewiarygodnie gruby. Miałem wrażenie, że widzę jedynie pierwsze kilka warstw — najwyżej trzy — a jednocześnie wiedziałem, że było ich znacznie więcej.

Istota przez cały czas stała w tym samym miejscu. Nieruchoma.

Pobiegłem dalej wzdłuż plaży, bo uczucie było przytłaczająco piękne — czyste, radosne, nie do opisania. Wszedłem do wody i obserwowałem. Wszystko wydawało się tak czyste, że aż niemal sterylne. Wszystko miało ukryte kolory, warstwy pod warstwami. A dźwięki… dźwięki i kolory były ze sobą połączone, splecione w jedno.

To były najlepsze wakacje w moim życiu.

A potem się skończyły.

Czas dobiegł końca.

Stojąc w wodzie, zobaczyłem, jak wszystko znika. Zostałem sam — pośród galaktyk i gwiazd. I pomyślałem sobie:
to już znam.

I że nadszedł czas, by wrócić — do siebie.

Leave a comment