I don’t really know how to start this one.
The place I was taken to last night cannot be described with ordinary words. There were no walls, no sky, no beginning or end — just endless white-silver tubes (or tapes, ribbons, streams — I still don’t have the right name for them) stretching in every direction.
Each one of them was alive.
Not alive like a plant or an animal — alive like a complete, real-time movie of someone’s entire existence. Every thought, every breath, every heartbeat, every joy and every hidden pain — all flowing simultaneously, right now, in perfect clarity.
I could almost step inside any of them and become that person for a moment. Feel their morning coffee, their anxiety before sleep, their sudden laughter at something small.
I didn’t do it, but I knew I could have.
I was flying gently between those endless streams.
They had no visible end in any direction, yet all of them — every single one — were flowing toward the same center.
I was moving with them. Not pulled, not forced — just naturally carried, like water knows where the river is going.
At the very heart of it all there was a place.
A bright white room, soft and radiant, without sharp edges. In the middle stood a round piece of furniture — like a wide, low sofa without a backrest. Simple, open, equal on every side.
There was an older man standing there.
Silver beard, calm eyes, quiet presence.
We looked at each other.
No words were spoken. But inknew he was waiting for me.
I wanted to ask something — anything — but before a single thought could form into a sentence, the vision ended.
I return to my body feeling calm.
Not shaken, not ecstatic, not confused — just deeply calm.
And curious.
Very curious.
I don’t think this was the Akashic Records in the usual sense.
There were no books, no scrolls, no “files” of past lives or future probabilities.
There was only life — right now, everywhere, all at once, pouring toward one still, bright point.
I still don’t know who the man was.
I still don’t know why I was allowed to see this.
But for the first time in a long while I didn’t wake up with the usual question “why me?”.
Instead I woke up with something softer:
“Thank you for letting me see.”
And that feels like enough for today.
PL:
Żywe taśmy – Księga życia
Nie bardzo wiem, od czego zacząć ten wpis.
Miejsce, do którego zostałem zabrany w nocy, nie da się opisać zwykłymi słowami. Nie było tam ścian, nieba, początku ani końca — tylko nieskończone białe-srebrne taśmy (czy rurki, wstęgi, strumienie — nadal nie mam dobrego słowa).
Każda z nich była żywa.
Nie żywa jak roślina czy zwierzę — żywa jak pełny, aktualny w czasie rzeczywistym film czyjegoś istnienia. Każda myśl, każdy oddech, każdy skurcz serca, każda radość i każdy ukryty ból — wszystko naraz, dokładnie teraz, w idealnej ostrości.
Mogłem prawie wejść do środka dowolnej z nich i na chwilę stać się tą osobą. Poczuć jej poranną kawę, lęk przed zaśnięciem, nagły śmiech z czegoś drobnego.
Nie zrobiłem tego, ale wiedziałem, że mogę.
Latałem delikatnie między tymi nieskończonymi strumieniami.
Nie miały widocznego końca w żadnym kierunku, a jednak wszystkie — każda pojedyncza — płynęły w stronę tego samego centrum.
Ja płynąłem razem z nimi. Nie ciągnięty, nie zmuszany — po prostu niesiony, tak jak woda wie, dokąd płynie rzeka.
W samym sercu wszystkiego było miejsce.
Bardzo jasny, biały pokój, miękki i promienny, bez ostrych krawędzi. Na środku stało okrągłe siedzisko — coś jak szeroka, niska sofa bez oparcia. Proste, otwarte, równe z każdej strony.
Stał tam starszy mężczyzna.
Srebrna broda, spokojne oczy, cicha obecność.
Spojrzeliśmy na siebie.
Nie padło ani jedno słowo a jednak wiedziałem że czekał na mnie.
Chciałem coś powiedzieć — cokolwiek — ale zanim myśl zdążyła się uformować w zdanie, wizja się skończyła.
Wróciłem do ciała spokojny.
Nie wstrząśnięty, nie w euforii, nie zagubiony — po prostu bardzo głęboko spokojny.
I bardzo ciekawy.
Naprawdę bardzo ciekawy.
Nie sądzę, żeby to były Akasze w klasycznym rozumieniu.
Nie było tam książek, zwojów, teczek z poprzednimi wcieleniami czy przyszłymi możliwościami.
Było tylko życie — dokładnie teraz, wszędzie naraz, płynące w stronę jednego nieruchomego, jasnego punktu.
Nadal nie wiem, kim był ten mężczyzna.
Nadal nie wiem, dlaczego pozwolono mi to zobaczyć.
Ale po raz pierwszy od dawna nie obudziłem się z pytaniem „dlaczego ja?”.
Obudziłem się z czymś łagodniejszym:
„Dziękuję, że pozwoliłeś mi zobaczyć.”
I na dzisiaj to wystarczy.
Leave a comment